W Raju Wstawał Dzień… (Rocznica Tsunami)

To jest bardzo wyjątkowy wpis gościnny. Został napisany w 2005 roku przez Timothy’ego Barco (wówczas Senaviratne) ze Sri Lanki. Przetłumaczyłem go na polski i umieściłem na swojej (nieistniejącej już) stronie internetowej. Dziś publikuję go ponownie za zgodą autora jako post rocznicowy. Tytuł wpisu pochodzi ode mnie i nawiązuje do piosenki „Pokonamy Fale” nagranej przez polskich artystów w ramach pomocy Sri Lance.

Niektóre opisane sceny są drastyczne – akapity zawierające taką treść zostały zaznaczone w ten sposób: <!>.

Garść Faktów*:

  • Trzęsienie ziemi na Oceanie Indyjskim miało miejsce 26 grudnia 2004 roku, o godzinie 01:58:53 czasu warszawskiego
  • Magnituda trzęsienia wyniosła 9,1–9,3. Było to trzecie co do wielkości trzęsienie ziemi zarejestrowane przez sejsmografy
  • Fale tsunami wzbudzone przez trzęsienie zabiły 230,000–280,000 ludzi w 14 krajach
  • Sri Lanka była drugim (po Indonezji) najgorzej dotkniętym krajem pod względem ofiar w ludziach – potwierdzono śmierć 38 195 osób, było 16 665 rannych i 23 000 zaginionych. Ponad pół miliona osób musiało opuścić swoje domy
  • W styczniu 2005 1 potwierdzono śmierć jednej osoby z Polski, 10 Polaków było poszukiwanych

* źródło: Wikipedia PL i EN

Redaktor serwisu CoachingRodzicielski.Pro – Adam – mieszkał i pracował na Sri Lance od czerwca 2003 do czerwca 2004. Po tsunami wrócił na wyspę, żeby wspomóc w działania pomocowe. Adam zna Timothy’ego osobiście, a poniższa opowieść została potwierdzona także przez wspomnianego w tekście Michała. 

Oddajmy głos Timowi:

Zaczęło się 26 grudnia, około 9 rano. Byłem w Unawatunie wraz z przyjacielem (Michał z Polski), kiedy nadeszły fale. Budynek stał jakieś 20 metrów od plaży. Pokoje z widokiem na wodę zostały kompletnie zmyte. Ocalał tylko nasz pokój. Nie wiem dlaczego żyję, choć tyle osób zginęło. To niesprawiedliwe. Niedobrze mi na myśl o tym wszystkim.

1 stycznia 2005. Hikkaduwa, Sri Lanka

Nagle, zupełnie bez powodu, obudziłem się. Nie wiedząc dlaczego spojrzałem przez okno i zobaczyłem nadchodzącą falę. Obudziłem Michała w chwili, gdy woda zaczęła wdzierać się do pokoju. Przez wyważone drzwi fala wniosła cudzoziemca wraz z córeczką (miała może 6 lat).

Dziewczynka pytała „Co my teraz zrobimy? Co my teraz zrobimy?”. Jej ojciec i Michał chcieli uciekać z pokoju na co im nie pozwoliłem. Jedynie obecność dziewczynki powstrzymała mnie przed paniką. Powiedziałem, że jedyne, co możemy zrobić to się modlić. Woda podnosiła się coraz wyżej, aż do chwili, kiedy do sufitu zostało niewiele ponad 10 centymetrów. Utrzymywaliśmy się na powierzchni i oddychaliśmy powietrzem uwięzionym między wodą i sufitem. W pewnym momencie woda zaczęła opadać. Nie potrafię określić ile czasu mogło to trwać.

Moim pierwszym odruchem było szukanie osób potrzebujących pomocy. Przynajmniej 4 osobom i 3 psom pomogłem dostać się na dach. Wtedy pokaleczyłem stopy koralowcem.

Pomogłem grubej Lankijce, która krzyczała „O Boże, o Boże, dlaczego to nas spotkało?” Nie dałem rady jej podnieść, więc tylko pomogłem wdrapać się na jakąś konstrukcję. Znalazłem też dziewczynkę, która była uwięziona. Gdy udało się ją oswobodzić zaczęła biec. Ulżyło mi. Nawet nie wiem kim była – po prostu uciekła w głąb lądu. Pomagałem jeszcze innym Lankijczykom. Stopy krwawiły od ran spowodowanych koralowcem.

W pewnej chwili cała zatoka opustoszała, dno morskie wyglądało jak piekło na ziemi – pełne śmieci, które woda wypłukała z lądu.

Po tym wszystkim pobiegliśmy do głównej drogi. Wszędzie leżały ciała. Świat oszalał. Dotarliśmy do drogi, weszliśmy do hotelu. Jacyś ludzie poczęstowali nas herbatą i opatrzyli moje rany. Michał był w szoku, a ja nie wiedziałem co powiedzieć czy zrobić, żeby mu pomóc. Jakaś cudzoziemka (chyba pielęgniarka) obandażowała mi nogę.

Pomyślałem o rodzinie, którą poznaliśmy poprzedniego wieczoru. Powiedziałem Michałowi, że wracam ich znaleźć. Było nam trudno, gdyż obaj byliśmy pokaleczeni. Tylko my szliśmy w kierunku plaży, wszyscy inni stamtąd uciekali… Prosić Michała, żeby wrócił ze mną było nie fair. Ale jestem wdzięczny, że to zrobił.

Dotarliśmy do hotelu „Rock House” znajdującego się na szczycie wzgórza. Wydawało się, że cały świat się tam zjawił. Rodzina Lambertów, którą zdecydowaliśmy się odnaleźć także była na miejscu. Poczułem radość i spokój, gdy ich ujrzałem. Powiedziałem „Dzięki Ci Boże”.

Zdecydowaliśmy z Michałem, że zostajemy z nimi.

W pewnej chwili ktoś krzyknął, że nadchodzi kolejna fala, więc wszyscy rzucili się w kierunku wzgórza. Nikt nie wiedział co się dzieje, ani co robić. Dotarliśmy do świątyni na szczycie, gdzie schroniliśmy się w cieniu drzew. Wtedy uderzyła druga fala. Podeszła blisko hotelu, ale tym razem nikt nie ucierpiał. Wszyscy byliśmy bezpieczni, ale zdezorientowani. Po pewnym czasie wróciliśmy do hotelu i okazało się, że nie został zalany. Zdecydowaliśmy się tam zostać.

Problemem okazał się brak wody pitnej i jedzenia. Nikt nie spodziewał się czegoś takiego. Powiedziałem Michałowi, że musimy wrócić w okolice głównej drogi i coś kupić. Odpowiedział „NIE!”, ale jak zwykle nie słuchałem go, poszedłem po torbę i pieniądze i wyruszyłem. Michał zdecydował się iść ze mną. Obaj ucierpieliśmy, stopy piekielnie bolały, ale wiedziałem, że trzeba to zrobić. Wszystko było zamknięte. Znaleźliśmy właściciela jednego ze sklepów, który otworzył go specjalnie dla nas. Kupiliśmy wodę, jedzenie, świece i cokolwiek było przydatne. Plotki o kolejnej fali nie ułatwiały powrotu do hotelu, ale wracaliśmy. Wiem, że Michałowi nie było łatwo z jego ranami, ale poganiałem go, żeby szedł dalej.

Dotarliśmy do hotelu, a plotka o fali okazała się bezpodstawna. Szybko zdałem sobie sprawę, że zapasy, które przynieśliśmy nie wystarczą dla wszystkich. Zdecydowałem się wybrać na plażę, gdzie widziałem lodówki wyrzucone przez wodę z hoteli. Były w nich napoje, którymi napełniłem torbę i wróciłem.

Tej nocy okazało się, że wszystkie drogi były zamknięte i utknęliśmy na najbliższe 3 – 4 dni. Michał i ja bardzo zbliżyliśmy się do rodziny Lambertów. Czuliśmy się wręcz jak członkowie rodziny. Bardzo się o nas martwili i dbali jak tylko mogli najlepiej. Chcieli, żebyśmy odpoczęli, ale było tyle do zrobienia…

Znalazłem w sobie siłę, z istnienia której nie zdawałem sobie nigdy sprawy. Jakbym narodził się na nowo. Shan – lekarka, która opatrywała mnie, powiedziała, żebym przestał cokolwiek robić. Przecież nie mogłem tego zrobić! Odpowiedziałem, że ja przestanę, tylko jeśli ona również odpocznie. Miała trójkę własnych dzieci, ale była niestrudzona w pomaganiu wszystkim tym, którzy potrzebowali jej pomocy.

Hotel zapewnił wszystkim posiłek, ale nie wiem czy ktokolwiek cokolwiek jadł. Próbowałem spać, ale to nie pomagało. Powracające koszmary nie pozwalały odpocząć.

Myślałem o właścicielach hotelu. Nie byli zamożni, a zapewniali bezpłatną opieką 200 osobom. Jakim cudem? Myślałem też o Shan – lekarce, z którą było 3 dzieci, którym nie mogła poświęcić uwagi, gdyż potrzebna była tylu innym. W pewnej chwili powiedziałem „Shan, jesteś prawdziwą bohaterką!”. Ona spojrzała na mnie i odpowiedziała – „Prawdziwymi bohaterami są moje dzieci – takie grzeczne i pomocne.”

W pokoju obok naszego był starszy Anglik – Stewart. Jego obrażenia były tak poważne, że wręcz spodziewałem się, że za chwilę może umrzeć. Z powodu bólu pleców i połamanych żeber nie mógł się nawet położyć. Mimo to był niewiarygodnie odważny i ciągle opowiadał dowcipy i rozśmieszał nas wszystkich. Lambertowie byli jak anioły. Robili co mogli, żeby pomagać. Wydaje mi się, że to dzięki ich opiece Stewart przeżył. Ja także wiele im zawdzięczam.

Tej nocy spaliśmy przy świetle księżyca i 2 świec. Zjawili się kolejni ludzie. Większość z nich ranna. Kto mógł pomagał. Nikt nie myślał o sobie. Byliśmy jak jedna wielka rodzina – tak jak powinno być. Każdy wzniósł się ponad to, co mogło dzielić i robił to, co należało robić.

Znowu usłyszeliśmy „fale nadchodzą!”. Pobiegliśmy na wzgórze, do świątyni. Gdy okazało się, że tsunami nie nadchodzi wróciliśmy. Powtarzało się to co jakiś czas. Po którymś razie zmądrzeliśmy i postanowiliśmy sprawdzać wszelkie informacje zanim cokolwiek przedsięwziemy. Zdecydowaliśmy, żeby w razie potrzeby ewakuować się w bardziej zorganizowany sposób, upewniając się, że trzymamy się razem i nikt nie jest pozostawiony sam sobie.

Zdaliśmy sobie sprawę, że nie mamy zapasów na noc, więc z Michałem postanowiliśmy zebrać pieniądze i pójść kupić jedzenie i wodę. Na wyprawę zebraliśmy 7 osób. Większość z nich opuściła nas, gdy dotarliśmy w okolice drogi, gdy usłyszeli plotki o kolejnej nadciągajacej fali. Zostałem tylko ja, Michał i jeszcze jeden odważny człowiek. W pewnym momencie i oni chcieli zawrócić. Nie zamierzałem tego słuchać i szedłem naprzód, czym zmusiłem ich do podążania za mną. Zdaję sobie teraz sprawę, że nie miałem prawa tego robić, ale czułem, że potrzebujemy tych zapasów.

Dotarliśmy do drogi i udało nam się namówić właściciela do otworzenia tego samego sklepu, co wcześniej. Tym razem nie dostaliśmy jednak wszystkiego, o co prosiliśmy. Zaczęli racjonować zapasy. Powiedziałem właścicielowi, że w hotelu Rock House jest nas 250 – 300 osób. Nie uwierzył. Wzięliśmy więc to, co mogliśmy i wróciliśmy. Nasze torby były wypełnione jedzeniem i wodą, które udało nam się zdobyć. Ich ciężar powodował, że coraz trudniej było iść naprzód. Kolejny alarm i wszyscy ruszają w głąb lądu. Tylko nas troje podążało w przeciwną stronę.

Tym razem i ja zacząłem się bać. Pozostali chcieli iść inną droga – bezpieczniejszą, ale dłuższą. Wiedziałem, że z powodu ran stóp i bólu nie uda mi się dotrzeć bezpieczniejszą trasą. Jednak, gdybyśmy poszli plażą byłoby łatwiej i, co najważniejsze, zajęłoby to co najwyżej 10 minut. Wbrew temu co chciała pozostała dwójka skierowałem się na plażę. Myślałem, że się wycofali, gdyż nie szli za mną. Gdy zdali sobie sprawę, że nie zawrócą mnie z drogi, którą obrałem postanowili iść ze mną. Pod jednym warunkiem – że będziemy biec. Okazało się, że nie dam rady. Starałem się, ale stopy za bardzo bolały. Po drodze, tuż obok plaży, zauważyłem zniszczony sklepik i 3 skrzynki napojów. Wiedziałem, że woda, którą mamy nie wystarczy. Wszedłem do sklepiku i zawołałem pozostałych. Każdy z nas wziął po skrzynce napojów.

Nasz ładunek się co najmniej podwoił. Stopy były jak z galarety. Pozostali szybko ruszyli naprzód. Wkrótce straciłem ich z oczu. Na szczęście Michał wrócił i pytał czy dam radę. Powiedziałem, że tak i zachęcałem, żeby szedł dalej. Poprosiłem też, żeby kiedy zaniesie to co miał, wrócił po mnie, jeśli da radę.

<!> Zatrzymałem mężczyznę, który uciekał z plaży. Pomógł mi umieścić skrzynkę z napojami na głowie. Gdy głowa zaczęła mnie boleć, zdjąłem skrzynkę i usiadłem na przewróconej kolumnie, skąd dobrze widziałem wodę. Rozejrzałem się dookoła i zauważyłem cos nieprawdopodobnego. Na piasku zauważyłem ludzką twarz. Pomyślałem, że to ktoś zasypany. Okazało się, ze jest to tylko twarz. Zdarta z czaszki, leżąca na piasku twarz.

Byłem 5 metrów od linii brzegu. Wszystko było opustoszałe. Woda wyglądała na zła i wściekłą. Powiedziałem jej „Jeśli chcesz mnie zabrać, to tylko z tym co niosę, bo nie ma takiej opcji, żebym wrócił bez mojego ładunku!” Stanąłem na nogi i zacząłem iść dalej. Szedłem wolno, ale do przodu. Gdy byłem 20 metrów od hotelu zauważyłem Michała, który – tak jak obiecał – wrócił po mnie.

Wróciłem do hotelu i okazało się, ze przybyło więcej osób. Wszyscy mówili „dobra robota”, ale to uśmiech Lambertów wynagrodził wszelkie trudy. Pomogli mi dostać się do pokoju, gdzie odpoczywałem przez pół godziny.

W międzyczasie zaczęto znosić zmarłych. Zazwyczaj płaczę, ale tym razem nie uroniłem łzy. Chciałem płakać, ale nie mogłem.

<!> Nie można było rozpoznać trupów, więc emocje, które odczuwaliśmy były oderwane od konkretnych osób. W pewnej chwili z plaży przyszedł człowiek i przekazał matce zmarłe niemowlę. To mnie powaliło. Starałem się nie płakać, nie pokazać, że płaczę, ale wewnątrz płakałem. Pytałem sam siebie jak Bóg, który mówi, że tak nas kocha, może nas tak krzywdzić. Nie chciałem się załamać, pozbierałem się, żeby móc robić co należało zrobić. Chciałem zająć się tym, czym inni nie chcieli się zajmować, na przykład przenoszeniem zwłok… Ktoś musiał to zrobić. Ja byłem w stanie, więc to robiłem.

Myślałem, że powstrzymuję łzy ze względu na innych, ale teraz wydaje mi się, że robiłem to dla siebie. Nie chciałem płakać, nie chciałem czuć…

Czułem się winny. Wiedziałem, że wrócę do Colombo. Turyści z zagranicy wrócą do domu. Miejscowi Lankijczycy to była inna kwestia. Stracili wszystko – rodziny, dobytek, to jak żyli… tak jak choćby rybacy. Nie mogę sobie wyobrazić jak to jest. Dlatego więcej czasu spędzałem z nimi niż z cudzoziemcami.

<!> Tyle ciał, gnijących. Smród mnie nie opuści. Wciąż go czuję, nawet tutaj. Powiedziałem, że powinniśmy byli robić zdjęcia zmarłych, i szukać znaków szczególnych i tatuaży, które pozwolą rodzinom ich zidentyfikować. Ciała się rozkładały a od zapachu brało na wymioty. Ale nie dałem rady zwymiotować.

<!> Znaleźliśmy cudzoziemkę, której ciało było w fatalnym stanie. Kiedy próbowałem ją podnieść ręce się urwały i wylazła masa larw. Najgorszy był zapach. Nie mam słów, żeby go opisać. Zawinęliśmy ją w prześcieradło i zostawiliśmy. Musieliśmy nakryć co najmniej jeszcze 10 ciał przy drodze. Było więcej, ale nie dałem juz rady. Wróciliśmy do hotelu i zajęliśmy się ciałami, które się tam znajdowały. Smród stawał się nie do zniesienia i jeśli nie pochowalibyśmy ciał nie moglibyśmy tam dłużej zostać. W hotelu było 7 ciał – mężczyzna, 5 kobiet – w tym jedna ciężarna i jedno 5 – 6 miesięczne niemowlę. Dwa ciała zabrał ktoś z miejscowych – była to jego żona i dziecko (6 miesięcy).

<!> Zostało nam 5 ciał. Z trudem zawinęliśmy ciężarną kobietę, gdyż jej brzuch zaczął się otwierać i gwałtowne ruchy spowodowałyby, że się rozpadnie. Zdziwiło mnie ile kobiet przyszło pomagać przy ciałach.

Gdy skończyliśmy z zawijaniem zmarłych, ruszyliśmy kopać groby. Coraz więcej osób zjawiało się w hotelu, ale bardzo niewielu pomagało. Denerwowało mnie to. Zaczęliśmy zbierać narzędzia do kopania grobów. Nie znaleźliśmy tego wiele, ale robiliśmy użytek z tego, co mieliśmy dostępne. To była ciężka praca, głównie dlatego, że piasek był błotnisty i twardy. Było nas 10 osób, pomagało mi 6 cudzoziemców i 3 Lankijczyków. Wkrótce wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni, ale kolejni cudzoziemcy zaczęli pomagać. Na głębokości 6 stóp utknęliśmy. Nie mogliśmy kopać dalej. Aby zaoszczędzić na kopaniu wszystkich mieliśmy pogrzebać razem.

Teraz trzeba było tylko przenieść ciała do grobu. Poszliśmy do hotelu i załadowaliśmy je. Grób był w odległości 500 metrów od hotelu, wiec mieliśmy kawałek do przejścia. Śmiecie na drodze tylko pogorszyły nasze rany. Nosiliśmy po jednym ciele i składaliśmy je do grobu. Potem zjawił się buldożer, który oczyszczał drogę…

W tym czasie nosiłem ubrania, które należały do kobiet z rodziny Lambertów. Miałem taką „zawijkę”, którą nosiłem na spodenkach. Nie wiem jak się to nazywa, ale ciągle się ześlizguje. Gdy nieśliśmy jedno z ciał do grobu, moje spodenki zsunęły się. Boże! Nie wiedziałem co zrobić. Poprosiłem pozostałych, żeby się zatrzymać i poprawiłem ubranie. Czułem się strasznie zawstydzony, jednak z powodu całej sytuacji dużo osób się uśmiechało, czyli było warto.

Do czasu, gdy nieśliśmy ostatnie ciało, buldożer oczyścił większość drogi, więc szło nam łatwiej. Okazało się jednak, że pod śmieciami były kolejne ciała.

Byłem już tak zmęczony, że postanowiłem wrócić do hotelu i odpocząć. Następnego ranka wiele osób wydostało się stąd, ale napływały nowe osoby z okolicy.

Kilka osób (głównie Brytyjczycy) zaczęli przewodzić obozowi i organizować go. Jednym z nich był Tim – lekarz. Lekarzami byli też Shan i Jake. Było jeszcze 4, których imion nie pamiętam. Wszyscy byli dla mnie bohaterami, gdyż wszystko robili na ochotnika. Jestem im niezmiernie wdzięczny za wszystko co dla nas zrobili.

Jake przyszedł do mnie i powiedział, że potrzebna jest woda. Pomimo protestów Shan zdecydowałem, że pójdę. Tym razem zabrałem Lambertów, gdyż czułem, że muszą stawić czoła swoim lękom. Chciałem też zobaczyć pokój w którym wtedy nocowałem. Wszyscy poszliśmy na plażę. Lambertom nie było łatwo. Michał czuł się lepiej i poruszał się z większa energią. Potem poszliśmy do hotelu. Czułem jakbym patrzył na własny grób, z którego ledwie uciekłem. Michał powtarzał mi, że nie łatwo mnie zabić i ma rację. Powtarzają mi to też moi znajomi i rodzina. Wydaje mi się, że nawet Bóg wie, że łatwo nie rozstanę się z życiem. Tyle razy byłem tak bliski śmierci. Najbliżej, gdy kilka miesięcy byłem w śpiączce. A teraz to…

Chodziliśmy po rumowisku. Wszedłem do pokoju w którym znaleźliśmy 3 skrzynki wody. To było jak odkrycie żyły złota! Zawołałem pozostałych i wróciliśmy do hotelu. Czułem się coraz bardziej wypalony i słaby. Nie mogłem wiele zrobić, ale gdy chciano mnie odesłać, powiedziałem, że nie ruszę się bez Lambertów i Michała. Chciałem zostać i pomagać, więc miałem nadzieję, że wkrótce poczuję się lepiej.

O 5.30 po południu byliśmy w autobusie. Dotarcie do Colombo zajęło nam 8 godzin. Powiedziano mi, że Michał i Lambertowie będą mieli zapewniony nocleg w jednej z hal kongresowych w Colombo, ale gdy tam dotarliśmy nic nie było dla nich przygotowane. Wszędzie spało tyle osób. Zadzwoniłem do rodziny i spytałem czy możemy u nich przenocować. Tak też się stało. Następnego ranka Lambertowie pojechali do Negombo, w poszukiwaniu swoich rzeczy, które na szczęście przetrwały nienaruszone. Wrócili, żeby się pożegnać, po czym niezwłocznie ruszyli na lotnisko. Są teraz bezpieczni w Wielkiej Brytanii.

Lambertowie nazwali mnie swoim duchowym synem. To niewyobrażalne, co takie przejścia czynią z duchem. To jedne z najsilniejszych więzów jakie widziałem. To, co zazwyczaj dzieli, w takich chwilach nie ma znaczenia. To prawda, że wszyscy jesteśmy rodziną – jedną rasą – ludźmi. Tak samo odczuwamy ból, smutek. Mamy te same potrzeby i każdy z nas wymaga odrobiny miłości.

Opowiedziałem tę historię, żebyś także przekazał komuś w potrzebie tę odrobinę miłości, która jest w Tobie.

Jestem teraz bezpieczny w swoim pokoju w Colombo. Wciąż jeszcze w pełni nie wyzdrowiałem. Gdy tylko będę mógł planuję wrócić i pomagać dalej. Zanim mi się to uda – proszę: „ZRÓB CO MOŻESZ, ŻEBY POMÓC”. Cokolwiek to jest, po prostu zrób to!

Dziękuję
Timothy Senaviratne (Sri Lanka), 2005